Drenda Morska w gdyńskim Grabówku: Na tropie ukrytych serów


Dzielnica Grabówek obfituje w atrakcje, ale być może nie zawędrowałabym tam tak żwawo i nie dowiedziałabym się o tym, gdyby nie cynk o wypożyczalni video (było to w 2018 roku, ale specjalnie sprawdziłam w ponury, pandemiczny dzień na przełomie lat ZOZO i ZOZI: nadal jest). Tak odkryłam również okolicę, w której można spotkać śpiące pieski, ukryte sery i fortepiany, fajną typografię i idealne punkty widokowe.

W powszechnej świadomości okolica kojarzy się zapewne jedynie z tragicznymi wydarzeniami grudnia 1970, kiedy wojsko i milicja otwarły ogień do stoczniowców. Ci, którzy interesują się przedwojenną Gdynią albo czytali „Potop” Salci Hałas, wiedzą też o „Pekinie”, czyli osiedlu na wzgórzu Orlicz-Dreszera, gdzie prowizoryczne domki osadników z początków istnienia miasta, pionierów i poszukiwaczy lepszego losu, przetrwały ponad 80 lat i zniknęły dopiero niedawno. To „warstwowa” dzielnica, w której sąsiaduje stary bruk i bloki-panelaki, przedwojenne kino i małe biznesiki pamiętające czasy transformacji, może na pierwszy rzut oka może mało malownicza, ale za to bardzo treściwa.


Żeby dostać się na Grabówek z centrum Gdyni, trzeba przebyć przejście podziemne, które docenią miłośnicy duchologicznych klimatów i bloków z fikuśnym, falującym daszkiem. 

Stamtąd prosto idzie się na międzywojenny modernizm (Działki Leśne), a w prawo - w osiedla. Najlepiej zacząć spacer od wspinania się pod górę, a wrócić ulicą Morską. Ale można też odwrotnie.

Wspiąwszy się można spocząć na ławeczce, podziwiać bloki, Morski Instytut Rybacki oraz widok na Gdynię. To na dobry początek. Blok na Lelewela spółdzielnia, wspólnie z Traffic Design, pomalowała na biało, co podobno bardzo spodobało się mieszkańcom. Ale w końcu Gdynię nazywa się Białym Miastem.

Nie wszystkie bloki w okolicy są takie jednobarwne i jasne. Niektóre pomalowano w znajomą, lubianą w Polsce paletę brązieleni i kawusi z mleczkiem. Ale jakie mają detale! Kto mnie zna, wie, że gdzie nie pojadę, tam szukam serowych wejść. Widziałam je w Bydgoszczy, Tarnowskich Górach i Warszawie, i tu też są. Widok krzepiący jak Złoty Ementaler! Są też balkony-trapezy i wyrobowa metaloplastyka, oraz graffiti, które może konkurować z moją ulubioną radomską inskrypcją: GOŁE BABY.

Jak wszędzie w Trójmieście, również i na Grabówku można spotkać miejskie koty, które mają swoje domki, a niektóre do tego - solidne gabaryty. Jak widać, niektórzy tu o kotkach wyrażają się serdecznie, a przeciwko psom mają jakieś ale. Inni za to stawiają pieskom drink bary (o pieskach więcej za chwilę).


Gdynianie przypomną mi, że Meksyk jest na Chylonii (tak nazywa się inne gdyńskie osiedle domków pamiętające przedwojenne czasy), ale meksykańskie widoki można spotkać i na Grabówku. Przy tym sklepie zastanawiałam się, kiedy zobaczę toczące się biegacze (tumbleweeds - dlaczego wybrano taką polską nazwę, która nie kojarzy się kompletnie z niczym?).


Obiecana wypożyczalnia U GRZEŚKA nadal istnieje, choć, jak widać, jedynie symbolicznie. Przez okienko można zobaczyć plakat być może ostatniego hitu, jaki tu wypożyczono: to „Ostatni Samuraj”. A do tego - smaczna kawusia! Choć na prawdziwą kawusię lepiej wybrać się niedaleko do lodziarni Kwaśniak, działającej aż od 1954.


Przyznaję, że za każdym razem, kiedy byłam w okolicy, nie miałam czasu ani nastroju na wyprawę w naturę, ale musicie wierzyć mi na słowo: ona tam jest. Majestatyczne zarysy widać już na tym zdjęciu. Ja poprzestałam na równie majestatycznym piesku północy, którego obudziłam i od razu przeprosiłam.

Do środmieścia wróciłam ulicą Morską, szeroką aleją z zabudową z czasów PRL. Po drodze zobaczyłam budynek zafortepianiony oraz kino, które w przeciwieństwie do innego gdyńskiego obiektu nie zostało biedronką - to kino Fala, otwarte w 1938 roku, od dawna nieużytkowane. Podczas ostatniej wyprawy zdybałam przed nim św. Mikołaja.


Morska to też fronty sklepów i lokali działających od lat. Ten odcinek Grabówka kojarzy mi się nieco z katowicką Koszutką i widzę, że również polubili go designerzy: szyldy doczekały się gustownej, dyskretnej aktualizacji w dobrym stylu. 

Ale ponieważ polubiłam fantazyjną witrynę Podmiejskiego (wyobrażam sobie, że to jedno z tych miejsc, których jest coraz mniej, a w których mija sobie spokojnie czas przy piwku, telewizji i krzyżówce, wśród stałych bywalców), wrzucam tutaj ku pamięci.


Grabówek ujął mnie swoim nieco chropowatym czarem i tym, że trzeba się tu czasami uważnie rozglądać, żeby zauważyć wcale przecież liczne atrakcje. Nie jest tu jak w Śródmieściu czy na Orłowie, gdzie rewelacyjna architektura sama rzuca się w oczy. To okolica raczej użytkowa niż salon miasta, ale takie może nawet bardziej mi się podobają.

Olga Drenda

Blog Hansa Wear wspiera sklep Hansa Wear, a nasz sklep finansuje działalność bloga. Będzie nam super miło, jeżeli wpadniesz na zakupy. Szyjemy w Polsce, m.in z organicznej przędzy bawełnianej i wełny merino, nasze ubrania pakujemy w papier, 5% zysku przekazujemy Fundacji MARE. Zapraszamy, może coś Ci się spodoba.

---> Poka ten sklep!

---> Eeee tam, wolę coś jeszcze przeczytać.

łukasz

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów